W zeszły weekend rozpoczęłam fazę intensywnych wyjazdów przedślubnych, niekoniecznie ze ślubem związanych. Razem z Patrycją wylądowałyśmy w Gdyni, aby uczestniczyć w czwartej edycji ogólnopolskiej konferencji dla blogerów – See Bloggers. Jak zwykle u mnie relacja będzie słodko-gorzka, bezkompromisowa i w 100% szczera.

Na czym to polega? Otóż przez 2 dni odbywają się warsztaty, wykłady, spotkania i imprezy blogerów różnych branż i specjalizacji. Do tego masa sponsorów, wystawców, konkursów, setki blogerów. Jednym zdaniem ogólny lans, bans i lizusostwo. Takie było moje pierwsze wrażenie. Nie czuję się najlepiej w towarzystwie wzajemnej adoracji i to jeszcze wśród osób, które mają nieco zbyt wysokie mniemanie o sobie. Do tego mam lekką fobię społeczną i nie znoszę miejsc, w których na stosunkowo małej powierzchni zgromadzony jest spory tłumek (wyjątek – koncerty – tutaj zniosę wszystko). Także początek nie był dla mnie sielanką. Ale z każdą chwilą było coraz lepiej.

13735617_273967992981693_8590612444486854546_o

czytaj dalej

Chałupa posprzątana. Siedzę sobie z domową lemoniadą z domową miętą prosto z balkonu, patrzę przez okno na całe warszawskie Bródno. Słucham Dolly Parton (tak, gust muzyczny mam dosyć podły – jak większość amerykanów, a oni niestety jako ogół to gustu za bardzo nie mają). Ciut z przyzwoitości, ale bardziej z chęci postanowiłam Wam skrobnąć nowy post. Nastał czas na podsumowanie moich kulturalnych wyczynów miesiąca czerwca (a 3 posty wcześniej pisałam jeszcze o maju). A więc do dzieła! Będzie długo, ale może bezboleśnie.

Książki

Wyrobiłam 200% normy! Ale to tylko dlatego, że książki z wyzwania nie przeczytałam w maju. Więc w czerwcu przeczytałam majowy i czerwcowy temat.

352x500

Temat z maja: rodzinne historie. Podkradłam mamie książkę Krucha jak lód. Uprzedzam lojalnie, uwaga będę spojlerować! Ale bez zdradzania zakończenia moja recenzja byłaby niepełna. A to dlatego, że zakończenie mnie przydeptało i to niestety nie w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Ale od początku. Mamy rodzinkę z dwiema córkami. Wszystko byłoby cacy, gdyby młodsza nie cierpiała na wrodzoną łamliwość kości. 3/4 książki to przygotowania do procesu, który matka dziewczynki wytacza ginekolożce, która choroby nie wykryła odpowiednio wcześnie, aby zdecydować się na aborcję. Mąż się z nią kłóci, druga córka ma stany depresyjne, bulimię i parę innych przypadłości i nikt tego nie widzi. Ogólnie sielanka, do tematu pasuje jak nic. No i matka po ciężkich bojach i wielu miesiącach, wygrywa ten proces, dostaje kupę kasy. Wszyscy szczęśliwi, rozwód odwołany, mała chora postanawia wyjść na spacer w czasie roztopów, włazi na staw, lód się załamuje i mała się topi… To po cholerę było bazgrać te 600 stron? Nie to żebym wymagała w każdej książce happy endu, ale tu autorka tak na siłę chciała nas zaskoczyć, że to nie wyszło jako całość. A już tak przyjemnie się czytało.

czytaj dalej

Pozazdrościłam Patrycji zdjęć w zbożu. Aż wstyd, że ja, stała bywalczyni wsi mazowieckiej jeszcze nigdy nie miałam takich zdjęć. Trzeba było to nadrobić korzystając z okazji, że miałam na głowie fryzurę, którą można nazwać fryzurą, a nie szopą. Chociaż niewątpliwie była ona już w stanie rozpadu połowicznego.

No i tak, muszę schudnąć. Już niczym nie jestem w stanie się opatulić tak, żeby tego nie było widać. Się zrobił ze mnie niepostrzeżenie niezły klocek. Zaczynam od dziś! Choćby kosztem wiszącej na mnie kiecy ślubnej!

Ale na razie jestem typową Maryną. Nie będę się z tego powodu chować w czterech ścianach.

SONY DSC

czytaj dalej

Przyszło lato, a ja zestaw jeansy + sweter + kozaki zamieniłam na sukienka + sandały. Także nic ekscytującego. Szczególnie, gdy do tego wszystkiego rezygnuję z makijażu, a włosy ledwie muskam szczotką. Dzisiaj mam dla Was za to równie mało ekscytujący zestaw z deszczowej niedzieli. Bardzo się cieszę, że nie musiałam jednak pozować w ulewie z czerwonym, zepsutym, firmowym, parasolem. Ale przynajmniej wymalowałam się jak lala i doprostowałam włosy. Do tego pokusiłam się nawet o dobór biżuterii i dodatków. Także absolutny szał jak na mnie. Koszula wymiętolona – wybaczcie, nie posiadam zdolności obsługi photoshopa (żelazko potrafię używać), a zdjęcia robione po kilku godzinach noszenia jej. Otóż zaskoczę Was, nie przebieram się specjalnie do zdjęć (nawet ostatnio ze zmieniania butów zrezygnowałam) oraz nie wychodzę z domu jedynie po to, aby cyknąć parę fot. Do tego poruszam się, jak na rasową blogierkę przystało, prawdziwymi limuzynami wymalowanymi na żółto w barwy warszawskiego ZTM-u. Luz, swoboda, brak spiny i pogniecione ciuchy rządzą!

SONY DSC

czytaj dalej

Stała ona na brudnej, zapeconej i zakapslowanej, nadwiślańskiej, warszawskiej plaży. Patrzyła w dal i czekała. Ubrana była w minisukienkę, która kompletnie jej nie pasowała, ale była w łódeczki. W urocze łódeczki, które czekały ze 3 lata na pojawienie się na zdjęciach na blogu. Co prawda wyglądała jak baleron, dlatego też żaden marynarz nie zwracał na nią uwagi. Ale cóż ona może zrobić jeśli zostało jej zabronione chudnięcie, chociaż już tak dobrze jej szło. Przemęczy się jeszcze będąc baleronem przez 2 miesiące, a potem pomyśli czy jej się chce dietować dla idei.

fot. Patrycja

SONY DSC

czytaj dalej