Nadal odczuwam skutki intensywności minionego weekendu. W sobotę uczestniczyłam w ślubie znajomej z pracy, a zaraz potem poleciałam na obiad z mężem i panieński dobrej koleżanki. I to wszystko w jednej sukience!

Oczywiście dosyć długo się zastanawiałam w co się ubrać, aby wyglądać stosownie zarówno w kościele jak i podczas imprezy w klubie, w międzyczasie zaliczając jeszcze rejs statkiem. Na pomoc przyszedł mi sklep Zaful, intuicyjny, prosty w obsłudze i pełen cudownego asortymentu, niezłej jakości, wyglądającego tak, jak na zdjęciach! Co zdarza się niezwykle rzadko w tego typu sklepach. No i mają rozmiarówkę, która obejmuje również moje gabaryty!

Kiedy tylko uświadomiłam sobie, że brakuje mi w szafie małej czarnej, decyzja o stroju już banalna. Wystarczyło tylko poczekać 3 tygodnie na przesyłkę. No ale oczywiście moja mała czarna, nie może być zwykła i nudna. Zainspirowana stylem retro i ostatnimi, niesamowicie kobiecymi kolekcjami Dolce&Gabanna, postawiłam na zabudowaną koronkową mini z długim rękawem, o kroju w literkę A, który sprawdził się nawet w mojej sukni ślubnej. Leży idealnie! Jedyne do czego mogę się przyczepić w tej sukience to mega krótka podszewka, w związku z czym pod spód założyłam jeszcze czarną, obcisłą mini spódniczkę.

Całość looku pociągnęłam w klimacie włoskiego vintage – nawet sama sobie zawinęłam warkoczowy kok, który już na tych zdjęciach jest w stanie rozpadu. Szkoda tylko, że pogoda nie pozwala już na rezygnację z płaszcza i rajstop.

SONY DSC

czytaj dalej

Zgodnie z harmonogramem, powinnam była dodać ten post wczoraj i powinien to być post ze stylizacją. Ale nie mam fotek, bo mnie mąż opuścił na weekend, więc postanowiłam napisać coolturkę.

Czujecie, że kolejny miesiąc już minął i znowu przyszła pora na podsumowania kulturalne? To niewyobrażalne jak ten czas zapierdziela. Ale przejdźmy do sedna, bo znów będzie długo. Zacznę wyjątkowo nie od filmów i nie od książek (znowu żadnej nie zamknęłam, aż mi wstyd, bo tyle ich dostaliśmy zamiast kwiatów w prezencie ślubnym).

ru-0-r-6500-n-tv2266547v1fa_polish_hip_hop_tv_festival_2016_line_up_imprezy_w_plocku
fot. eska.pl

Moja weekendowa wycieczka do Płocka na początku sierpnia miała swoje uzasadnienie. Razem z Miszą postanowiliśmy wybrać się na Polish Hip Hop Festiwal. Ja hip-hopu nie słuchałam wcale, z nazw znałam kilku wykonawców, a utwory, które obiły mi się o uszy mogłabym policzyć na palcach jednej ręki. Z M. już nieco lepiej. Pojechał tam posłuchać głównie Łony i Webera oraz Taco Hemingwaya. I wiecie co? Ten drugi młodzieniec zrobił na mnie ogromne wrażenie! Jedyny z dykcją taką, że zrozumiałam absolutnie każde słowo. Od tego czasu słucham go nałogowo. Gdyby każdy festiwal miał taki fajny, luźny klimat bez lansu i bansu, a karnety na 2 dni kosztowały 70 zł, to ja mogę i na death metal i disco polo jeździć. Chociaż trochę przeraziła mnie ilość chłopaków pijących piwo z sokiem, ale to może ja się nie znam i to coś super modnego. Przy okazji znalazł się czas na rozrywkę dla mnie, czyli płockie zoo – fajniutkie. Poznałam kilka foodtrucków, które by mogły na stałe parkować pod moimi oknami. Wyjazd w 100% udany! Tak blisko, a tak uroczo.

czytaj dalej

Niechcący i zupełnie nie z mojej winy wylądowałam w erze Photoshopa, Facebooka, operacji plastycznych. Dziewczyn, dla których największym wyzwaniem jest perfekcyjne wykonturowanie twarzy lub otworzenie puszki ze słodkim napojem w przydługich tipsach. Sztuczność atakuje nas zewsząd. Meble z litego drewna, a kto to teraz widział? Nikt tego nie kupuje. Wełniany dywan czy sweter zgodny z trendami? Pani! Czego pani wymaga! Jajka od szczęśliwych kur, pomidory bez chemii – 3 razy droższe od tych „normalnych”. A przecież to właśnie naturalność jest normalna! Sami będąc zarówno producentami jak i konsumentami wpadamy w pułapkę. A gdy już w nią wpadniemy do wyjścia na powierzchnię prowadzą jedynie bardzo długie, kręte i strome schody. Bo jednak życie w zgodzie z naturą wymaga sporo wysiłku, czasu, pracy i pieniędzy.

Wpadłam w tę pułapkę i ja. Powiększenie ust, ostrzykiwanie jakimś cudakiem, centymetrowa warstwa tapety na buzi (zmora mojego męża), usilne robienie sobie na włosach ombre, skutków tych zabiegów i tak nikt nie zauważył. Nie wiem po cholerę to wszystko było. Ale od hybryd na pazurach nadal jestem uzależniona – z czystego lenistwa.

Urządzając mieszkanie postawiłam sobie za punkt honoru, aby nie było w nim żadnych nowoczesnych półproduktów. Na podłodze jest drewno zamiast kartonu popularnie zwanego panelami, wszystkie meble są drewniane zamiast tych wykonanych z kartonu popularnie zwanego mdf. Pościel z bawełny była najmniejszym wyzwaniem, ale jednak domieszki poliestru wygrywają. Moja frustracja podczas zakupów osiągała poziom abstrakcyjny. Ale udało się, a w zasadzie udaje się nadal, bo projekt mieszkania jeszcze trwa.

Jakieś pół roku temu postawiłam sobie znak: zakaz wprowadzania do szafy produktów materiałopodobnych. Wielkie nie dla akrylu, poliestru i innych cudaków. W przestrzeganiu tego przepisu na całe szczęście ratują mnie lumpeksy, bo byłoby krucho.

Kosmetyki – no tutaj to skomplikowanej chemii uniknąć się nie da. A kupowanie naturalnych szamponów za 50 zł to głupota. A czemu są one takie drogie, skoro w sumie jest w nich trochę wody i parę składników, które wyrosłyby nawet na moim balkonie? Bo naturalność stała się ekskluzywna. Ależ to brzmi! Trudno, od dziś staję się burżujem, będę patrzeć na składy i wybierać tylko kosmetyki mineralne.

A dlaczego wybieram właśnie kosmetyki mineralne? Oprócz oczywistego faktu chęci zostania hipsterem (żart), będzie to kolejny krok do poprawienia jakości mojego życia. Na pewno ze wzrostem popularności produkty naturalne zyskają oprócz fajnych składów i dobrego działania również przystępniejsze ceny.

Kolejna kwestia związana z punktem poprzednim czyli kosmetykami. A po cholerę w ogóle ich używać skoro już idziemy w stronę stuprocentowej naturalności. Może makijaż to też tylko wytwór jakichś nowoczesnych głuptaków. Ano może. Ale tutaj chcę zachować jednak złoty środek. Tak samo jak na chwilę obecną nie zamierzam walnąć wszystkiego, aby kupić działkę na wsi, parę kur, krowę i żyć sobie w zgodzie z naturą uprawiając kawałek poletka na własny użytek (chociaż nawet dziś mi to przez myśl przeszło). Zachowajmy umiar i nie dajmy się zwariować, bo jednak skrajność w każdą stronę jest zła. A totalne zrezygnowanie z makijażu gdy bez niego wcale Cię nie widać jest słabe.

Czym jest więc naturalny makijaż? Nie jestem specjalistką od wizażu. Na co dzień zgodnie z tym co napisałam wyżej jestem raczej niewidzialna – często jedynym kosmetykiem jakiego używam tuż przed wyjściem z domu jest tusz do rzęs. A czasem i nawet to pomijam. Ten wizerunek jednak nie pasuje do fachu blogierki modowej, ani do zadowolonej z życia kobiety sukcesu. To przynajmniej sobie to zadowolenie z życia i sukces wymalowuję na twarzy. Jak już pisałam nie cierpię półśrodków, także jak już się maluję to na fest. A jak idę na zdjęcia to już w ogóle bardzo fest, bo przecież wiadomo, że aparat zjada połowę tego, co się ma na twarzy. Ciężko mi więc opisać i pokazać Wam naturalny makijaż.  Ale takie dostałam zadanie, więc się staram! Ale może stworzę swoją, nową definicję naturalnego makijażu: to taki makijaż, który wykonałyśmy jedynie naturalny kosmetykami. No i gites. Definicja bierze pod swoje skrzydła zarówno makeup no makeup, którego nie uznaję (bo po co się malować jak ma tego nie być widać) oraz mocny makijaż wieczorowy. Dzisiaj chciałam Wam pokazać mój złoty środek. Nawet sama się nim zainspiruję i może jednak oleję wybitnie ciemne cienie w ilościach konkretnych na czas jakiś. Jest krzywo, jest nieprofesjonalnie, jest bez photoshopa, chciałoby się rzec naturalnie. W końcu bio-warzywa też do najpiękniejszych, najrówniejszych i najbardziej nasyconych kolorami nie należą.

I teraz walnę banałem: Pamiętajcie! Naturalne piękno kryje się w samej naturze! Czy to Waszej, czy to otoczenia. Niech każdy człowiek i każda rzecz będzie sobą, niech nic niczego nie udaje, a będzie jakoś tak bardziej swojsko – zapewniam.

SONY DSC

czytaj dalej

Mam w tym roku dziwną słabość do białych sukienek i wianków. Hmm… zastanówmy się dlaczego. Poniższą sukienkę zakupiłam z myślą o panieńskim. W końcu wyjeżdżałyśmy na cały weekend, trzeba było mieć 2 stylówki. Jednak finalnie drugiego dnia ze względu na zafundowane przez dziewczyny rozrywki sukienka nie była najlepszym pomysłem i wylądowałam w szortach i topie. Sukienka została na inne okazje. Świętowanie końcówki lata wydaje się być idealną przyczyną do założenia tej białej kiecki. A że to babie lato takie przyjemne w tym roku, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby jeszcze polatać z gołymi nogami i wianku na głowie.

Fot. Patrycja 🙂

SONY DSC

czytaj dalej

Jak to zwykle ze mną bywa w blogowaniu, mocno się ociągałam z dodaniem tego testu. Zestaw jest ze mną już od dwóch miesięcy, a ja dopiero teraz wzięłam się za niego na 100%. Ale mam uzasadnienie. Walcząc z trądzikiem różowatym antybiotykami siadła mi odporność, przez co z Malty (tak, to była połowa maja) wróciłam z grzybicą paznokci. Priorytetem było więc uporać się z nią do ślubu, co się chyba udało. Ale niestety przez ten czas musiałam zapomnieć o malowaniu oraz odżywianiu i jedynym produktem na moich pazurach było lekarstwo. Potem miałam przez 2 tygodnie ślubne hybrydy, no i w sumie dopiero z początkiem września mogłam zacząć testy pełną parą, chociaż oczywiście wcześniej też coś tam próbowałam z nimi działać. A jest co testować, oj zdecydowanie.

Firma NailTek to producent produktów do pielęgnacji paznokci. Ale nie są to kolejne takie same odżywki czy kremidła do rąk. Do testów otrzymałam 4 poniższe produkty.

SONY DSC

czytaj dalej